Dziś o technice w czasie PRL, ale zupełnie inaczej. Czas wprawdzie się zgadza, bo u nas działo się to w epoce PRL, ale miejsce nie. Opowiem dziś
o transmisji z pierwszego pobytu ludzi na Księżycu
Wrócimy do pamiętnej daty: 20 lipca 1969, u nas już po północy, więc 21. Za chwilę minie 57 lat. Kto mógł, nawet dzieci, oglądał. Ten historyczny moment wykorzystali także twórcy popularnego serialu „Dom”:
Rzeczywiście, poza Polską i Jugosławią telewizje krajów tzw. bloku wschodniego tego wydarzenia nie transmitowały. Mimo bezpłatnego sygnału z USA. Relację „na żywo” przeprowadziło rumuńskie radio.
Polscy widzowie oglądać mogli, choć pora była bardzo późna, a zapowiedzi w programie wprawdzie były, ale niezbyt ekspresyjne.

Jednak na transmisję wyraziły zgodę „najwyższe władze PRL” i Prezes „Radiokomitetu”. Mimo dyplomatycznej sugestii z Moskwy w postaci informacji „My tego transmitować nie będziemy” nawet Władysław Gomułka dzierżący faktyczną najwyższą władzę uznał, że nie warto rozbić z siebie pośmiewiska i udawać, że nic ważnego się nie dzieje.

W polskiej telewizji to wydarzenie było przedstawione godnie, z komentarzem dwóch dziennikarzy zajmujących się popularyzacją nauki w magazynie „Eureka”: Rafała Skibińskiego i Teodora Zubowicza.

Ponadto niedługo potem ukazała się nakładem „Naszej Księgarni” książka dla dzieci Marka Koreywo „Ludzie z planety Ziemia”, która świetnie opisuje ten lot. Mimo iż liczne szczegóły się nie zgadzają, nie zmienia to pozytywnej oceny tej książki. Udana misja Apollo 11 nie była w Polsce w żaden sposób „ukrywana”.
Opowiemy sobie jak do tej sławnej transmisji telewizyjnej w ogóle doszło.
Pożądanie Księżyca
Ale właściwie dlaczego w ogóle odbył się ten sensacyjny lot z serii księżycowej, która zresztą po dwóch udanych misjach zupełnie się publiczności znudziła (z jedynym wyjątkiem na sensację z awarią Apollo 13)?
Za wszystkim stoi wyścig zbrojeń, czego tutaj nie mamy potrzeby omawiać, oraz wyścig prestiżu. Ważne jest pamiętanie, że Związek Radziecki od roku 1957 wyprzedzał USA we wszystkim co dotyczyło lotów kosmicznych i potężne Stany odczuwały wstydliwą wściekłość.
Doszło jeszcze niepowodzenie polityczne Stanów na Kubie, więc ambitny nowy prezydent Kennedy dla zamazania złego wrażenia ogłosił jako „mus” wylądowanie Amerykanina na Księżycu przed rokiem 1970.
I tak się stało.
Podczas zbierania materiałów do tego filmu trudno nie było odnieść wrażenia ogromnego wysiłku, a przy tym podziwu dla wielkiego „poukładania” każdego szczegółu, który był niezbędny do pomyślnej misji księżycowej.
Omówię tylko ten drobny wycinek owego wysiłku: transmisję TV z aktywności pierwszych astronautów na Księżycu, która trwała tam zaledwie niecałe 3 godziny po wyjściu z lądownika.
Telewizja? A po co to komu?
Jeżeli myślicie, że NASA przykładała wielką wagę do tej transmisji TV, jesteście w dużym błędzie. Znaczna część tamtejszych specjalistów była zdania, że ponieważ taki przekaz TV nie jest w ogóle potrzebny naukowo, czyli jak to się określa – nie jest krytyczny dla misji, jest więc zbędny, a przy tym ogromnie kosztowny. Chodziło również o koszt transportu rakietowego każdego grama masy ładunku.
Zwyciężyć miało podobno zdanie Neila Armstronga, który pierwszy dotknął butem powierzchni Księżyca: „Chcę tam mieć kamerę, która to pokaże”. I kamera była. Uznano (słusznie), że relacja tylko dźwiękowa, radiowa z takiego wydarzenia znacznie obniży jej rangę, a pokazanie ludziom na żywo jest warunkiem powodzenia w opinii publicznej.

Kamera
Nie ma telewizji na żywo bez kamery. Ale kamera TV dla Księżyca w latach 60 była ogromnym wyzwaniem technicznym. Musiała być lekka i ogromnie wytrzymała na zmiany temperatur w zakresie 200 stopni, wibracje – wiadomo.
Ponadto oświetlenie na Księżycu jest ogromnie kontrastowe, a zatem kamera musiała sobie radzić w silnym świetle i głębokim cieniu. Musiała mieć rzecz wówczas niestosowaną w studyjnym sprzęcie: automatykę naświetlenia.
Wyzwaniu opracowania i wyprodukowania serii takich kamer o szacunkowym koszcie miliona dolarów za pierwszą sztukę podołała firma Westinghouse, a tworzenie tej kamery to historia na odrębną opowieść. Wspomnę tylko, że kobiety montujące ją były wybierane również na podstawie badań psychologicznych i, jak wspominano, otaczały ten wyrób wręcz matczynym uczuciem…

Kamerę opracował zespół Stana Lebara, a sama firma Westinghouse została wybrana jako doświadczona w tak specjalistycznym sprzęcie. Produkowała przedtem zaawansowane kamery dla wykrywania zaginionych lotników w warunkach dżungli wietnamskiej.

Nie zawierała jednak przesłony chroniącej przetwornik przed silnym światłem słonecznym, co zresztą zemściło się podczas misji Apollo 12, gdyż niebacznie skierowana obiektywem ku Słońcu uległa trwałemu uszkodzeniu i z transmisji były nici. Ale to dopiero za kilka miesięcy, transmisja z księżycowej „aktywności pozapojazdowej” załogi Apollo 11 udała się i właśnie o niej sobie tu opowiemy.
Aby kamera spełniła zadanie księżycowe, należało zastosować rzadko wykorzystywany typ przetwornika obrazu. Nie mógł to być zwykły wówczas w kamerach profesjonalnych ortikon obrazowy lub nawet widikon, nie dałby sobie rady z tym trudnym oświetleniem. Zastosowano przetwornik, czyli lampę analizującą z rodziny widikonów, działająca na zasadzie wtórnego przewodzenia elektronów (SEC).
Jej wynalazcą był Gerhard Wilhelm Goetze (w roku 1945 uciekinier wojenny z dzisiejszych Bartoszyc).
Dziś te techniczne kłopoty z przetwornikiem optoelektrycznym w kamerze zaskakują, gdy mamy sprawne kamery w kieszeniach czy aparaty z wszelką automatyką i „obrazem jak żyleta” w rozdzielczości 4 tysięcy linii.
Wtedy problemy były prawdziwe i niebagatelne.
Taka kamerowa lampa analizująca wymagała napięcia plus 8 tysięcy oraz minus kilkuset woltów – jak zrobić, by w tak ciasno upakowanej elektronice nie doszło do przebicia izolacji? I tak dalej.
Jednak kamera powstała, zadziałała, a kto chciałby ją obejrzeć, może się wybrać na Księżyc, bo kamera tam pozostała, stoi wbita w grunt mniej więcej tutaj, na terenie „Bazy Spokoju” (nazwa pochodzi od księżycowego Morza Spokoju, na którym wylądował Apollo 11), kilkanaście metrów od podstawy lądownika LM…
Zatem skomplikowana kamera pokazała nam Księżyc,
widzieliśmy efekty jej pracy, ale mimo wielkiego kosztu jej zbudowania rezultaty były takie sobie. Chodziło o jakość obrazu przesyłanego z Księżyca produkowanego przez tę kamerę. A właściwie jakość tego, co oglądaliśmy w naszych domach.
Zanim ten temat rozwinę, opowiedzmy sobie skrótowo o różnych aspektach księżycowej łączności radiowej i telewizji.
Łączność NASA po całym globie
Łączność Ziemi z Księżycem była bardzo rozbudowana, a jej elementy zostały rozproszone po całym świecie. Była to wprawdzie ta część świata, która bez oporów współpracowała ze Stanami Zjednoczonymi, ale to wystarczyło.

Istniały także statki radiokomunikacyjne.

Łączność radiowa obejmowała setki danych telemetrycznych, danych zdalnego sterowania (umożliwiała także przesłanie np. nowej wersji programu komputerowego, co przydało się w misji Apollo 14), oczywiście głosu no i interesującego nas obrazu, zarówno z wnętrza statku kosmicznego jak i z Księżyca.

W czasie misji Apollo 11 NASA dysponowała ponad trzydziestoma stacjami naziemnymi, a ze względu na sieć połączeń nazywano to „siecią dwóch milionów mil kabli”.
Centrum telekomunikacyjne dla tych misji nie stanowiło wcale, jak mogłoby się wydawać, sławne Houston, lecz Centrum Lotów Kosmicznych im. Goddarda w Maryland (na obrazku zbiegają się tam zielone linie).

Houston było „jedynie” centrum operacyjnym misji, jego sercem decyzyjnym i organizacyjnym. Sygnały różnego rodzaju trafiały do Houston właśnie poprzez Goddarda. Ale obraz telewizyjny trafiał rzeczywiście wprost do Houston.
Dlaczego wymagane było zaangażowanie kilku krajów oraz szeregu statków łącznościowych? Czyż nie wystarczyło po prostu zbudowanie jakiejś stacji łączności radiowej w tymże Houston

CAPCOM: astronauta, jedyna osoba upoważniona do rozmów z astronautami bieżącej misji
Flight (Flight Director): Dyrektor lotu (całej misji)
RETRO (Retrofire Officer): odpowiedzialny za hamujący napęd odrzutowy
FIDO (Flight Dynamice Officer): kontroler odpowiedzialny za trajektorię lotu we wszystkich fazach
Surgeon: kontroler ds. medycznych
GUIDO (Guidance Officer): kontroler odpowiedzialny za procesy nawigacyjne i pracę komputera pokładowego
EECOM (Electrical, Environmental, and Consumables Manager): kontrole systemów elektrycznych i zabezpieczenia życia oraz innych ważnych systemów statku
TELCOM (Telemetry, Electrical, and Communications Officer + Lunar Module Communications Officer): kontroler łączności i urządzeń elektrycznych
GNC (Guidance, Navigation and Control): kontroler ds. systemów nawigacyjnych
NETWORK: kontroler ds. sieci łączności głosowej i telemetrycznej NASA
Kontrolerzy zmieniali się po pewnym czasie, byli członkami zespołu Dyrektora Lotu.
Oczywiście nie wystarczyło.
Główną przyczyna rozproszenia stacji po świecie i oceanach było oczywiście to, że Ziemia się kręci, a konieczne było zapewnienie łączności ze statkiem Apollo (a potem z jego poszczególnymi częściami, które się oddzielały i łączyły) przez cały czas. Ziemia tymczasem się obraca i to „w lewo”. Zaraz zobaczymy jak to było powiązane z historią tej transmisji.
W każdym razie łączność radiowa z Księżycem jest możliwa tylko z tego punktu na Ziemi, z którego Księżyc jest widoczny, czyli nad którym nasz satelita już wzeszedł. Przy tym godziny wschodu i zachodu Księżyca nie mają nic wspólnego z porą dzienną lub nocną w tym miejscu. Te określenia dotyczą przecież Słońca.
Tylko łączność z Collinsem orbitującym wokół Księżyca przez te dwadzieścia kilka godzin była tracona, gdy jego moduł „Columbia” znajdował się po niewidocznej stronie Księżyca. Wówczas jego pilot był przez kilkadziesiąt minut zupełnie osamotniony.
Radio między Ziemią a kosmosem
Interesujące dla tej opowieści jest fakt wykorzystywania w misji Apollo dwóch zakresów częstotliwości: pasma 200-300 MHz do łączności w ramach Księżyca i modułu dowodzenia „Columbia” na jego orbicie, oraz pasma 2 GHz (tzw. pasmo S, w wersji dla NASA określano to jako „ujednolicone pasmo S”, czyli USB) do łączności między Księżycem a Ziemią.

Tu może powstać pytanie: dlaczego tak, a nie odwrotnie?
Przecież pasmo 2 GHz jest chyba bardziej tłumione z odległością między antenami niż pasmo 200 MHz (czyli częstotliwości 10-krotnie niższe)? Dlaczego do „lokalnych” księżycowych łączności wybrano pasmo mniej tłumione, a do łączności na 380 tysięcy kilometrów pasmo wyższe?
Zgodnie ze znanym worem na tłumienność trasy propagacji
zwiększa się ona o 20 dB przy wzroście częstotliwości 10-krotnym jak w tym przypadku. Wzrost tłumienia nie jest więc jakiś straszny.
Z kolei pasmo 2 GHz jest dobrze przepuszczane przez ziemską atmosferę, więc jej wpływ jest także znośny.
Ale na wybór wyższego pasma wpłynęły przede wszystkim inne czynniki: łatwość uzyskania odpowiedniego poziomu sygnału odbieranego o ile tylko skorzystamy z anten o odpowiednio dużym zysku. A dla pasma 2 GHz, gdy długość fali jest rzędu 15 centymetrów, jest dość łatwo zbudować odpowiednio zyskowne anteny.
„Łatwo” to może nie to słowo, bo średnica anten odbiorczych stacji naziemnych to typowo aż 26 m,

a przy naszej transmisji z powierzchni Księżyca przydała się najbardziej, jak zobaczymy, antena o średnicy 64 m. Niezła patelnia!

Zresztą ogromna powierzchnia tej anteny była przyczyną zamieszania przy akcie „telewizja z Księżyca”, ale o wszystkim po kolei.
Przy tak wielkich antenach na Ziemi – antena na statku kosmicznym czy lądowniku Księżycowym LM nie musi już być ogromna, i dobrze, bo sprawiałoby to duży kłopot.

Jednakże lądownik księżycowy był wyposażony w swoim bagażu w antenę zewnętrzną o średnicy 8 stóp na wypadek niskiej jakości sygnału TV, do czego jeszcze wrócimy. W każdym razie podczas misji Apollo 11 jej użycie okazało się zbędne, w późniejszych kolorowych transmisjach zawsze taką antenę rozkładano.
Tym razem dla Apollo 11 wystarczyła antena lądownika ukształtowana z włoskowego pozłacanego drutu o łącznej długości ponad 61 kilometrów!
Na czym polega praca anten o takim dużym zysku przy łączności z Księżycem?
Policzmy trochę według wzoru na tłumienność trasy propagacji. Pomińmy przy tym wpływ atmosfery, bo chodzi o zasadę, a nie o ścisły projekt. Zatem: dla 2 GHz i 384 tysięcy kilometrów tłumienność trasy wyniesie aż 210 decybeli. To ogromna wartość, oznacza tłumienie tryliard razy. Liczba trudna do wyobrażenia!
Ale to bez uwzględnienia zysku anten.
Załóżmy teraz, że antena na lądowniku LM miała zysk energetyczny rzędu 36 dB. Lądownik był wyposażony w taką antenę dająca się ustawiać elektrycznie w wielu kierunkach, z precyzyjną nastawą kątów (które były obliczane w Houston i podawane astronautom). Z taką anteną wypadkowa tłumienność trasy propagacji spada do wartości 174 dB.
A gdy w stacji naziemnej zastosujemy antenę 26 m o zysku rzędu 44 dB, bilans strat propagacyjnych na tej całej ogromnej trasie zmniejsza się do 130 dB. Czy to dużo?

Przeskoczymy w rozumowaniu do przypadku odbioru telewizji w naszym domu z najbliższego nadajnika: jeżeli znajdujemy się od niego w odległości przykładowo 50 km, a odbieramy kanał 42 (642 MHz), tłumienność trasy propagacji jest rzędu 123 dB… I daje sobie z tym radę nawet transmisja cyfrowa. W przypadku Apollo wszystko było analogowe, więc z racji takich cech propagacji sygnału powstawały szumy, ale obraz było widać.

Mimo iż nadajnik lądownika LM miał moc tylko kilkudziesięciu watów. Przy 40 watach mocy takiego nadajnika i naszym szacunkowym bilansie tłumieniowym na wyjściu anteny stacji naziemnej (z którymi spotkamy się zaraz gdy skończymy te rachunki) teoretycznie mamy sygnał na poziomie -84 dBm, czyli niezły…
Dodajmy do tego jeszcze pewne tłumienie atmosfery, nadal nie będzie źle.
Do stworzenia tego temat posłużyły między innymi czytanie transkryptów rozmów interkomowych personelu technicznego stacji naziemnej; w pewnym momencie pada pytanie o poziom odbieranego sygnału na kanale z tą transmisją telewizyjną i odpowiedź: „minus 90 decybeli”. Chodziło tu o tę gigantyczną antenę 64 m, a jak widać mniej więcej nasze pobieżne szacunki trafiają w wartości rzeczywiste.
I jeszcze ważna ciekawostka: sygnał radiowy w kosmicznej próżni porusza się oczywiście z prędkością światła, ale przecież nadajnik od odbiornika był oddalony o ponad 380 tysięcy kilometrów. A więc sygnał z Księżyca na Ziemię docierał z opóźnieniem rzędu 1,3 sekundy. W druga stronę opóźnienie było takie samo, to jasne. Zatem świadoma wymiana myśli głosem z natury rzeczy jest obarczona przerwami rzędu nieomal 3 sekund.
Trafić w Apollo
Tu można się zastanawiać jak to jest, że można tak sobie skierować „dokądś tam” niezbyt wielką antenę z Księżyca ku Ziemi i sygnał trafi do stacji naziemnej. Lub odwrotnie – antena stacji naziemnej (a Ziemia się obraca) na pewno trafi w miniaturową antenę lądownika Apollo i dojdzie do połączenia.
Polega to na geometrii.
Jeżeli antena naziemna ma kąt połowy mocy na przykład 0,1 stopnia,

proste użycie tangensa pokaże, że jej wiązka naświetli na Księżycu koło o średnicy 1340 km. Czyli w takim szerokim kole sygnał odbierany na powierzchni Księżyca ma poziom maksymalny lub osłabiony o 3 dB. A to koło stanowi 15% powierzchni tarczy Księżyca. Nie jest zatem tak trudno trafić.

W drugą stronę gdy antena lądownika ma charakterystykę np. 0,5°, „oświetla” sygnałem radiowym praktycznie połowę tarczy Ziemi.

A to co tracimy, skoro sygnał rozkłada się na tak gigantyczne koło, rekompensuje nam właśnie wielki zysk energetyczny anten, bo na tym właśnie polega to zjawisko zysku.
Dość teorii, pora zająć się szczegółami tej sławnej transmisji z postawienia pierwszego kroku na Księżycu. W rzeczywistości była to transmisja z całej aktywności, która trwała niecałe 3 h. Skupmy się jednak na najbardziej emocjonującej fazie jaką były chwile przez pierwszymi obrazami i kilkanaście następnych minut.
Budowa sygnału wizji z Księżyca
Zatem wiemy jak zorganizowane były pasma radiowe Apollo i że sygnał obrazu dochodził na Ziemię w pasmem 2 GHz (tzw. ujednoliconym pasmie S zorganizowanym dla NASA) i dlaczego w tak wysokim. Ale czym był ten sygnał obrazu TV?
Wiemy dobrze choćby z jednego z moich artykułów czym jest standard telewizyjny: to norma wskazująca na budowę sygnału obrazowego i na sposób jego nadawania w eter. Nadawanie zostawmy, skupimy się na budowie sygnału obrazu czyli wideo.

Wiemy, że świat historycznie podzielił się mocno i używanych było w sumie kilkadziesiąt standardów.

I tak standardy w większości państw europejskich, w tym w Polsce (oznaczane literami D i K), polegały na wyświetlaniu obrazu za pomocą 625 linii poziomych i z prędkością zmian obrazków 25 na sekundę (czyli 50 półobrazów).
W Wielkiej Brytanii panował wówczas już także standard 625-liniowy (przedtem 405 linii), podobnie w Australii.
Jednak w Stanach Zjednoczonych, co jest tu bardzo ważne, wykorzystywano standard M o 525 liniach i 30 obrazach na sekundę. W którym standardzie przekazywano więc sygnał z Księżyca?
Otóż w żadnym z nich.
Wiemy, że początkowo transmisja TV nie cieszyła się popularnością u twórców programu Apollo. Ostatecznie przydzielono jej pewien strumień jako część danych telemetrycznych. Ale przecież obraz TV, co także wiemy z artykułu o rywalizacji systemów kolorowych, wymaga pasma kilku megaherców, jak to zmieścić w telemetrii?
Nie dało się zmieścić. Pamiętamy jednak z tego wykresu:

że w widmo sygnału wideo ma dużo wysokich składników o niskich częstotliwościach, natomiast te wysokie aż do megaherców odpowiadają za szczegóły. No i jak łatwo się domyślać, zrezygnowano z tych szczegółów.
Ale to połowa konceptu. Ten wykres udziału częstotliwości w widmie sygnału wideo dotyczy telewizji o 25 lub 30 obrazach na sekundę. Jeżeli jednak spowolnimy częstość zmiany obrazów, widmo przesunie się oczywiście w stronę niższych częstotliwości.
Co zatem ostatecznie zdecydowano?
Obraz TV z Księżyca miał tylko 320 linii i był przesyłanych z prędkością 10 obrazów na sekundę. Była to zatem tak zwana telewizja z powolnym analizowaniem (SSTV). Powolnym, choć od dawna krótkofalowcy zajmowali się już wówczas łącznościami SSTV z prędkością jednej klatki na sekundę a nawet jednej klatki na kilka sekund. Taką metoda przekazywano już pierwsze obrazy „tamtej strony” w misjach radzieckich.

Wobec tego telewizja z Księżyca był, można rzec, „w miarę powolna”.
Ale mogła być jeszcze znacznie bardziej powolna! Opracowano bowiem dwie wersje sygnału: 320 linii i 10 ramek

oraz… 1280 linii.

No bo kamera mogła teoretycznie służyć do przekazania jakiegoś drobnego szczegółu ważnego dla naukowców. Tylko że przecież nadal nie było na to pasma w kanale, zatem owszem, mogło być szczegółowo, ale wtedy sygnał miał tylko… 0,625 ramki na sekundę.
To było rzeczywiście powolne analizowanie – 5 obrazów w ciągu 8 sekund. Jak łączności krótkofalowców.
W praktyce nigdy tego trybu nie wykorzystano, jednak kamera była wyposażona w odpowiedni przełącznik na obudowie:

Czy ten specyficzny standard budowy sygnału wideo bardzo psuł jakość obrazu? Spróbujmy sobie to zasymulować. Obejrzyjmy fragment filmu z ruchu w centrum Poznania w dwóch odsłonach: w górnej części jest to zwykły obraz o jakości wysokiej, powiedzmy że odpowiadającej jakości zwykłej telewizji 625 linii i 25 obrazów na sekundę. W dolnej części symulacja jakości obrazu z Księżyca. Oczywiście dla zachowania nastroju filmy są monochromatyczne.
Jak widzimy ruchy przy 10 obrazach są dość urywane, trochę skokowe. No a zmniejszenie liczby linii o połowę wpływa widocznie na jakość szczegółów.
Dlaczego wybrano taki standard? Bo dzięki temu widmo sygnału TV o proporcjach obrazu 4:3 mieściło się w przydzielonym skromnym pasmie 500 kHz. Tyle i ani herca więcej! Walka o dodatkowe 250 kHz nie powiodła się.
Mamy zatem pierwsze dwa źródła psucia jakości obrazu: wąskie pasmo, mała liczba szczegółów i spowolniona analiza obrazów ruchomych.
Wplecenie obrazu TV w strumień danych telemetrycznych powodowało jeszcze jedne kłopot techniczny. Telemetria wykorzystywała dość nieskomplikowaną modulację fazy, dobrą dla danych cyfrowych i aktywnego pomiaru prędkości. Ta modulacja nie nadawała się dla obrazu TV, dlatego utworzono kanał z tak zwaną szerokopasmową modulacją częstotliwości.
Jest to modulacja świetna, ponieważ nawet niewielki wzrost poziomu odbieranego sygnału powoduje silny spadek szumu. No tak, ale gdy sygnał jest nieco tylko zbyt niski, szum wzrasta znacznie. Jest to więc modulacja z rodzaju „mam wszystko albo nic”.
Dlatego część inżynierów programu Apollo obawiała się, że transmisja TV z Księżyca w ogóle nie będzie czytelna o ile astronauci nie rozwiną dodatkowej anteny o zysku większym niż antena na lądowniku „Orzeł”. Szczęśliwie okazało się, że jest ona zbędna, gdyż jej rozkładanie, wielokrotnie ćwiczone na Ziemi, zabrałoby ok. 20 minut cennego czasu. No i nie byłoby możliwe pokazanie schodzenia pierwszego człowieka po drabince na księżycowy grunt.
Jednak w późniejszych misjach Apollo taką antenę standardowo rozwijano, także dlatego, że obrazy były już wówczas kolorowe, czyli bardziej wymagające sygnałowo.
Ale jak to oglądać?!
Zatem z Księżyca przychodził obraz TV o 320 liniach i 10 obrazach na sekundę. Nie stosowano wybierania międzyliniowego (przeplatanego) więc nie było tu mowy o półobrazach. Ale co z takim obrazem można zrobić? Przesłać do Houston i niech się martwią?
Okazało się, że takiego sygnału obrazu nie da się przesłać na duże odległości, czy to z Kalifornii czy z innych stacji naziemnych. Nie istniały łącza dla takiego sygnału. Bo i skąd miałyby istnieć, skoro żadna zwykła TV tak nie pracowała? Dostępne są raporty z negatywnych wyników prób takiej transmisji.
Pozostało zatem dokonywać konwersji ze standardu „księżycowego” na standard telewizji amerykańskiej – tu na miejscu, w stacjach naziemnych odbierających sygnał z Księżyca. Czyli trzeba ustawić konwertery standardów.
Dziś „konwersja standardu obrazu” kojarzy nam się z wyborem kilku parametrów w programie do nagrywania czy obróbki obrazu — jak na przykładach obok. Parę kliknięć myszką i jest jak trzeba. Ale przecież mieliśmy do czynienia z techniką analogową, a jakakolwiek cyfrowa postać sygnału wideo wówczas nie istniała.
Jak zatem przeprowadzić konwersję standardów obrazu? Firma RCA podołała temu zadaniu – zbudowała odpowiednie konwertery. Szumnie nazywane „konwertery” były jednak wprawdzie urządzeniami bardzo dobrze opracowanymi i złożonymi, ale jednak niezbyt rozwiniętej techniki – paradoks.

Zasada ich pracy polegała na tym samym mniej więcej, na czym polegała wczesna, przedmagnetowidowa rejestracja programu TV, czyli technika telerekordingu. Polscy widzowie znają tę technikę, jeżeli zdarza się im oglądać dawne programy polskiej telewizji emitowane w audycjach wspomnieniowych.
W Polsce era telerekordingu zakończyła się we wczesnych latach 70, trwała nadal, choć od pewnego czasu zaczęły być wykorzystywane magnetowidy i to nawet polskiej produkcji.
Zobaczmy fragment telerekordingowego zapisu z roku 1958. W tym fragmencie widoczny będzie także wpływ charakteru pracy dawniejszych lamp analizujących (przetworniki półprzewodnikowe, tak dziś oczywiste, pojawiły się w kamerach TV w latach 90). Tu prawdopodobnie były to kamery z ortikonami obrazowymi, poprzednikami widikonów i plumbikonów.
Na czym polega telerekording? Od zapisu magnetycznego różni go wszystko. Polega na zastosowaniu odpowiednio dobranego, kontrastowego monitora z odpowiednio długim czasem poświaty, naprzeciw którego umieszcza się zwykłą kamerę filmową. Właściwie – niezwykłą. Bo w przeciwieństwie do filmowania nie chodzi tu o szybkie fotografowanie dowolnego planu, lecz o fotografowanie specyficznego obrazu: na taśmie filmowej musi być sfotografowany każdy, dosłownie każdy pojedynczy obraz telewizyjny wyświetlany w danej chwili na ekranie fotografowanego monitora.
Jak wiemy, w większości telewizji takich obrazów jest 25 na sekundę, wyświetlane są w dwóch „podejściach”: najpierw co drugie linie wybierania, czyli linie nieparzyste (trwa to 1/50 sekundy), a następnie te drugie „co drugie” (parzyste), co także trwa 1/50 sekundy. Klatka negatywu w kamerze filmowej telerekordingu musi taki składany obrazek poprawnie sfotografować, a następnie niesłychanie szybko przesunąć się na następną klatkę. Czas wygaszania ramki w telewizji to tylko ok. 1,5 milisekundy! I właśnie wtedy kamera telerekordingu musi przesunąć taśmę o całą wysokość klatki filmu.
A wszystko oczywiście musi się odbywać ściśle z impulsami synchronizacji obrazu dostarczanymi do wszystkich urządzeń studyjnych. Ponadto tzw. kąt otwarcia migawki w kamerze musi być bardzo duży, inaczej część obrazka zostanie sfotografowana z mniejszą jasnością, powstanie ciemny pas na obrazie filmowym.

To jest razem ogromne wyzwanie techniczne, jednak nie było innych metod. Wprawdzie od roku 1956 firma Ampex skutecznie wprowadziła swoje magnetowidy, ale były to urządzenia drogie, do tego objęte embargiem dla krajów politycznego Wschodu.

I tu mamy jedną z przyczyn legendarnych „duchów” na obrazie. Dochodziły do tego także wewnętrzne odbicia w obiektywach przy niebywale kontrastowym świetle na Księżycu bez atmosfery.
W późnych latach 60, gdy dzieje się akcja Apollo, większość nadawców TV nie stosowała szeroko zapisu programów na telerekordingu. Jakość zapisu magnetycznego była oczywiście o kilka poziomów lepsza, wręcz idealna. A jednak… Część zapisów transmisji z lotu Apollo 11 NASA zachowała właśnie na filmowej taśmie telerekordingu, a nie na magnetycznej. I wbrew utartej legendzie, te zapisy wcale nie zginęły, do czego jeszcze wrócimy.
Wracamy do Księżyca.
Przy transmisji TV z Księżyca ani rozdzielczość obrazu, ani liczba ramek na sekundę nie zgadzała się z żadnym ziemskim standardem TV. Dlatego wybrano rozwiązanie na tamten czas jedyne: konwersję zapewniały właśnie takie specjalistyczne „telekina”, choć tym razem bez filmu.
Przed monitorem (zresztą był to paradoksalnie monitor wysokiej klasy, o bardzo wysokiej rozdzielczości 1280 linii), zatem przed takim monitorem 10-calowym wyświetlającym księżycowy obraz 320 linii, 10 ramek na sekundę – zamontowana była kamera TV standardu amerykańskiego: 525 linii, 30 ramek.
Jak widać liczba ramek w amerykańskim standardzie jest całkowitą wielokrotnością liczby ramek z Księżyca – jest ich dokładnie trzy razy więcej. A raczej powinniśmy powiedzieć, że półobrazów w „zwykłej” amerykańskiej telewizji jest 6 razy więcej niż obrazów wolnego wybierania przychodzących z Księżyca. Sprzyja to uzyskaniu jak najlepszej równomierności jasności na wynikowym obrazie. Pewnie też dlatego wybrano akurat 10 obrazów na sekundę. Gdyby to Europa wysłała astronautów, byłby w tym miejscu kłopot, bo 25 ramek naszych standardów nijak nie dzieli się całkowicie… No ale Europa nie podbijała Księżyca.
Ale skoro potrzebne było aż 60 półobrazów na sekundę, skąd je uzyskiwano, skoro z Księżyca przychodziło tylko 10 obrazków?
Było to tak: kamera TV konwertera dostarczała sygnał między innymi na tak zwaną płytę pamięci – tutaj pokazuję samodzielne urządzenie studyjne, które wykorzystywało zapis magnetyczny. Było to urządzenie dość złożone, znane nieco starszym widzom transmisji sportowych w telewizji – ciekawsze akcje były niezwłocznie powtarzane w sposób spowolniony, do zatrzymania obrazu włącznie. Nazywano to „obrazem z ripleja”:
Zatem z konwertera wysyłano sekwencję półobrazów standardu amerykańskiego: dwa półobrazy wprost zdjęte z ekranu monitora 320-liniowego w tym konwerterze, po czym 4 półobrazy o tej samej treści odtworzone z zapisu magnetycznego. Z tego rachunku wynika, że każdy obraz księżycowy był rozłożony na 6 półobrazów, czyli 3 pełne obrazy TV standardu amerykańskiego. Zgadza się.

Wszystko to łatwo daje się objaśnić, nie ma jednak żadnych wątpliwości: do obrazka już u źródła kiepskiego, bowiem:
- w ogromnie kontrastowym oświetleniu na Księżycu musiały pracować kamery lampowe, a ten przetwornik jest kiepski do silnych kontrastów i „przeciąga duchy”
- ograniczono rozdzielczość w pionie do 320 linii
- ograniczono płynność ruchów stosując tylko 10 obrazów na sekundę
doszły wszystkie wady techniki nieomal telerekordingowej1:
- ograniczona zdolność przeniesienia kontrastu sceny
- liniowa (przypadkowa) struktura obrazu źródła względem obrazu docelowego (525 nie jest jakąkolwiek całkowitą wielokrotnością liczby 320, zatem obrazy linii na monitorze i linii analizowanych w kamerze nie nakładały się w kontrolowany sposób); można podejrzewać, że dla zatarcia liniowej struktury obrazu na „księżycowym” ekranie konwertera zastosowano technikę „woblowania plamki”, którą czasami stosowano także w domowych telewizorach – polega ona na dodatkowym generatorze o częstotliwości kilkunastu megaherców w budowanym w monitor czy odbiornik, którego sygnał jest doprowadzany do układu odchylania pionowego. Jest to niewielki prąd dodatkowy, pod wpływem którego plamka oprócz ruchu z lewa na prawo i z góry ku dołowi wykonuje trzeci ruch: delikatne drganie w pionie na odcinku między dwiema sąsiednimi liniami, co rozmazuje te linie i dla oka łączą się ona w gładką płaszczyznę.
- cechy luminoforów ekranu tego „księżycowego” monitora (poświata)
- cechy widikonów SEC w kamerze TV.
Widzimy więc, że psucie jakości miało wiele przyczyn i nie tak bardzo winna była odległość pokonywana przez sygnał radiowy. Ogromna odległość była odpowiedzialna za podwyższony poziom szumów na obrazie, ale nie te szumy stanowiły najgorszą rzecz dla końcowego efektu.

A oprócz tych „wbudowanych w zasadę” elementów psujących obraz w trakcie transmisji doszedł kolejny: błędy człowieka, jak za chwilę zobaczymy.
Dlatego istniejące zapisy NASA, fotografie lub filmy „Super 8 mm” wykonywane przez personel tych stacji naziemnych, w których odbierany był sygnał z Księżyca, pokazują rezultat wyraźnie jakościowo lepszy niż oglądali to widzowie telewizji na świecie. A liczbę tych widzów szacuje się na od 500 do 650 milionów
Materiały filmowe sprzed monitorów 320-liniowych posłużyły zresztą do wykonania kilkanaście lat temu przez NASA współczesnej rekonstrukcji obrazu filmu z aktywności księżycowej, który jest dostępny w Internecie i trwa ponad 3 godziny. Jest to składanka z różnych źródeł wykonana z użyciem wczesnej wersji sztucznej inteligencji. Użyto przede wszystkim tych nagrań z Houston, o których fałszywie pojmowana legenda mówi, że zaginęły, a także kilku innych źródeł, także tych filmów 16 mm sprzed ekranów konwerterów.
Na te przyczyny psucia jakości obrazu nałożyły się wpływy kolejnych etapów przesyłania obrazu z Księżyca do naszych telewizorów w mieszkaniach. I to nie wszystko: księżycowa kamera TV, cud ówczesnej techniki, także obarczona była pewną kontrowersyjną cechą (założoną z góry), która także czyniła obraz mniej atrakcyjnym niżby się można spodziewać.
Kamera trafia na Księżyc
Nie było to tak, że kamerę po prostu zabrano do bagażu i wyciągnięto z lądownika. Kamera cały czas podróżowała przymocowana w schowku MESA na burcie lądownika księżycowego LM, odpowiednio zabezpieczona. Miała założony od razu obiektyw na bliskie plany (komplet kamery składał się z trzech obiektywów, użyto dwa) i została zlokalizowana możliwie blisko drabinki, po której miał schodzić pierwszy raz w historii Neil Armstrong.
Ale to miejsce było z konieczności tak położone, że kamera musiała być transportowana do góry nogami. Miało to swoje ciekawe skutki, które zaraz poznamy. Do tego urządzenie leżało na burcie nieco ukośnie, dlatego obraz, który widzieliśmy był o kilkanaście stopni kopnięty.
Kamera miała przyłączony kilkunastometrowy kabel zakończony wtykiem, który równocześnie stanowił dość wygodny uchwyt do przenoszenia w rękawicach. Księżycowe rękawice były wspaniałe, ale z pewnością dalekie od wygody.
Później ten uchwyt pozwolił na mocowanie kamery do statywu,

na którym stoi do dziś.

Obraz z Księżyca dociera na Ziemię
Jak wspomniano, stacje naziemne łączności radiowej były położone w wielu miejscach świata, dla tej transmisji są jednak ważne trzy podstawowe. Zapamiętajmy te nazwy, mają znaczenie historyczne, a w tej opowieści nieraz będziemy do nich zaglądali.
Były to stacje: Goldstone w Kalifornii (GDS) oraz dwie stacje australijskie: „prawdziwa” stacja łączności kosmicznej Honeysuckle Creek (HSK) oraz radioteleskop w Parkes odległy o 300 km.
Obie stacje australijskie znajdują się na wschodnim wybrzeżu, dzięki czemu o wyznaczonej porze miały znaleźć się pod wschodzącym Księżycem. Plany się trochę zagmatwały, ale z powodów, które za chwilę zrozumiemy, obie odegrały kluczową rolę w przesyłaniu obrazów z Księżyca dla setek milionów widzów na świecie.
W tej fazie misji Apollo nie brała udziału stacja naziemna pod Madrytem, gdyż nie miała widoczności Księżyca,
a także kolejna stacja australijska Tidbinbilla, która, można powiedzieć, straciła zaufanie, gdyż niedługo przed misją Apollo 11 wystąpił w niej pożar. I choć stację uruchomiono ponownie, jej rolę przeniesiono na Honeysuckle.
Ale stacja Tidbinbilla obsługiwała większość komunikacji z modułem dowodzenia „Columbia”, czyli z tą częścią statku Apollo, która krążyła po orbicie Księżyca sterowana przez Mike’a Collinsa. Którego w pewnym momencie żartobliwie określono jako „jedynego, który nie oglądał TV z wyjścia człowieka na Księżyc”.
Stacja Goldstone (z która spotkamy się w czterech rolach dla tej transmisji) z anteną 84-metrową miała być podstawowym źródłem sygnału TV. Goldstone to rozległy konglomerat różnych odrębnych stacji radiowych, w tym dla różnych misji załogowych NASA, ale także stacji satelitów telekomunikacyjnych Intelsat, które niedługo tu wystąpią.
Z racji swojej roli wyposażona została w konwerter obrazów powolnego wybierania na standard 525/30, który już poznaliśmy. I choć sygnał z tej stacji poszedł „w świat” jako pierwszy, ta stacja mocno nabroiła w transmisji.
Stacja Honeysuckle także została wyposażona w taki sam konwerter obrazów wyprodukowany przez RCA. Była zatem przygotowana, by w porze, w której Księżyc będzie w jej zasięgu, zasilić Houston gotowym obrazem odbieranym w tej stacji.
Trzecia stacja to radioteleskop Parkes. Gdy patrzymy na mapę Australii, leży od „tuż przy” Honeysuckle, w rzeczywistości dzieli je ok. 300 km. Chwile widoczności Księżyca z Parkes i Honeysuckle geograficznie różnią się o minuty.
Ale antena w Parkes nie mogła być nachylona odpowiednio nisko nad horyzont i to opóźniało jej przydatność dla księżycowej telewizji. Można powiedzieć, że przez pewną sztuczkę techniczną udało się tam coś w rodzaju „przyspieszenia czasu”.
Ponieważ Parkes to radioteleskop, nie został wyposażony w lokalny konwerter obrazu. Jednak taki konwerter istniał: znajdował się w Sydney Paddington, w której mieściła się centrala sygnałów braodcastingowych australijskich telewizji.
Ta centrala (oznaczana w rozmowach technicznych jako „Sydney video”) dysponowała sygnałami TV zarówno z Honeysuckle (zauważmy: już przekonwertowanymi do standardy telewizji amerykańskiej – ale nie standard telewizji australijskiej! wrócimy do tego) jak i z Parkes (sygnał 320 linii, konwertowany na amerykański tu na miejscu w Sydney).
W całym dramacie wystąpiły więc trzy źródła tego samego sygnału, dostępnego w różnych chwilach akcji i konwertowanego na obraz amerykański w trzech różnych miejscach świata.
Przy tym obraz z Honeysuckle lub z Parkes mógł być do Houston podawany przez „Sydney video” alternatywnie.
Mam nadzieję, że to jasne, bo zrozumienie tych faktów przyda się bardzo w historii transmisji obrazu z Księżyca.
Dodajmy jeszcze, że dźwięk rozmów z astronautami, który między innymi docierał do widzów na całym świecie, pochodził przez cały czas ze stacji Goldstone. Oraz to, że sygnał TV z księżyca był odbierany, a nawet oglądany na monitorze 320-liniowym w innej stacji naziemnej w Australii: Carnarvon, ale ten sygnał nie miał podczas Apollo 11 możliwości konwersji na standard amerykański.
A dlaczego w ogóle radioteleskop Parkes miałby być przydatny do transmisji TV? przecież przeznaczenie radioteleskopu jest inne?
Tu musimy przypomnieć sobie, że zamysł transmisji obrazu TV polegał na „wpleceniu” go do strumienia danych telemetrycznych. Radioteleskop Parkes był właśnie przeznaczony do obioru takich danych. I był też przygotowany do odbioru obrazu z szerokopasmową modulacją FM. Co więcej, miał nawet dwa odbiorniki sygnałów! I bardzo się to przydało, gdy w harmonogramie dnia misji Apollo 11 zapanował pewien chaos.
Udział Australii w łączności kosmicznej dla programu Apollo stał się podstawą do komediowego ujęcia w filmie „The Dish” (polski tytuł „Świat na talerzu”)
Dobrze, wiemy już wystarczająco dużo o sprawach technicznych, by przejść do akcji.
Zobaczmy teraz co właściwie działo się w różnych miejscach w związku z tym niebywałym zdarzeniem. Ważne zastrzeżenie: opiszę tu to, co się rzeczywiście działo, a nie co czy jak było planowane.
Rzecz w tym, że w planie lotu po wylądowaniu na Księżycu przewidziany był sen przez kilka godzin. Astronauci jednak poprosili o zgodę na zrezygnowanie z tego planu. Tak, ze względu na dane telemetryczne z ich stanu nerwowego dla Houston było jasne, że nie zasną i udzielono zgody na przyspieszenie wyjścia na powierzchnię Księżyca .
W ten sposób runęła część planu użycia poszczególnych stacji naziemnych do przekazywania obrazu TV z Księżyca, gdyż np. Australia znalazła się jeszcze przed lokalnym wschodem Księżyca i wyglądało, że stanie się bezużyteczna. Życie jednak poprowadziło tę sprawę jeszcze inaczej. A do spraw technicznych jeszcze powrócimy.
Goldstone
Jak wiemy, ta kalifornijska stacja naziemna zawierała w swoim rozległym kompleksie także stację programu Apollo i to ona była przeznaczona jako podstawowa podczas aktywności astronautów na powierzchni Księżyca. Dlaczego?
Przede wszystkim o porze wyznaczonej na tę aktywność Księżyc był nad nią odpowiednio wysoko, by bez przeszkód odbierać sygnał obrazu (i dźwięku – wiemy już, że ta stacja dostarczała wszelkiego dźwięku podczas tej transmisji i nie tylko wtedy). Choć przez pewien czas nie było pewne czy ta stacja nada się dla Apollo 11, gdyż przez szereg miesięcy miała być wykorzystywana na potrzeby programu Marines. Jednak stacji ostatecznie użyto.
Goldstone Apollo była wyposażona w jeden ze słynnych konwerterów standardów. Wszystko było gotowe, nadchodziła pora początku transmisji. Za chwilę sobie to obejrzymy. Wszyscy byli w napięciu. W chwili „zero” gdy Armstrong wychylił się z włazu lądownika i pociągnął otwieracz zasobnika z kamerą, a Aldrin w lądowniku włączył jej zasilanie, obraz się pojawił. I w Goldstone (GDS), i w Houston, i u widzów na całym świecie. Ale… obraz był do góry nogami!
Dlaczego? Jak pamiętamy, kamera upakowana w zasobniku MESA z konieczności musiała być w nim transportowana tak, by patrzyła na drabinkę, bo od samego początku zamierzano pokazać schodzenie astronauty po niej. Ale wymuszało to pozycję kamery ukośną i do góry nogami.
Ponieważ tak musiało być, w pewnym momencie przed startem w konwerterach RCA dorobiono dodatkowy układ: przełącznik kierunku obrazu. Póki kamera spoczywała na lądowniku, czyli zanim ją wyniesiono na statyw, na którym spoczywa tam do dziś, ten przełącznik na konwerterze w każdej stacji naziemnej powinien być ustawiony na „odwracaj”.
Tymczasem w Goldstone nie był. Do tego obraz był zbyt kontrastowy i miał źle ustawiony poziom czerni monitora „księżycowego”.

Wspomnienia obsługi mówią o dwóch rzeczach, które mogły tam wówczas zajść. Pierwsza: przełącznika nie ustawiono poprawnie, bo NASA „zakazała grzebać”. Więc został w pozycji spoczynkowej, choć właśnie on powinien być przełączony.
Drugie wspomnienie: konwerter obsługiwał młody człowiek, który się pogubił i jednak grzebał na chybi-trafi. Dlatego poziom sygnału był źle ustawiony. A i to nie wszystko: obejrzymy za chwilę skrót z początku przekazu TV i zobaczymy, że w pewnym momencie musiało dojść do przełączenia polaryzacji sygnału wideo i do Houston docierał negatyw.

Na uwagę operatora z Houston – przełączono sygnał na pozytywowy. A zatem Goldstone w zakresie obrazu się w tym ważnym dla świata momencie nie popisało!
Zobaczymy co w innych stacjach naziemnych.
Honeysuckle Creek
Stacja w Australii była przygotowana na czas, w którym Księżyc nad tym miejscem będzie widoczny. Jak już wiemy wyglądało na to, że nie zdąży po zmianie programu aktywności astronautów. Jednak przygotowania astronautów do wyjścia z lądownika zajęły więcej czasu niż przewidywano. No i Honeysuckle przed „chwilą zero” znalazła się pod Księżycem, w zasięgu sygnałów radiowych z lądownika „Orzeł”.
I rzeczywiście, jak za chwilę zobaczymy Goldstone i Honeysuckle równocześnie zameldowały, gdy Aldrin włączył zasilanie kamery, że obraz przyszedł!

W przeciwieństwie do Goldstone, przełącznik kierunku obrazu na konwerterze był tu ustawiony poprawnie (czyli na „odwracać”) i mógł być użyty przez Houston do spożytkowania tam, w centrum lotów kosmicznych oraz jako obraz dla widzów całego świata. Jednak zgodnie z obowiązującym planem operator „Houston TV” użył tego wadliwego, obróconego i przekontrastowanego sygnału z Goldstone. Ale długo to nie trwało, co za chwilę zobaczymy.
Obraz dochodzący do Houston (i dalej w świat) z Honeysuckle był dość ładny tu, na miejscu, jednak do Houston dochodził jako wyraźnie zaszumiony. Za chwilę zobaczymy dlaczego. Mimo to i tak był lepszy niż wadliwy obraz z Goldstone.
Parkes
Mimo niedalekiego położenia od Honeysuckle antena radioteleskopu w Parkes początkowo nie widziała Księżyca. Według planu od lądowania modułu LM na Księżycu do wzejścia Księżyca nad Parkes miało upłynąć około 7 h.
Ale zmiana harmonogramu aktywności astronautów, a raczej przedłużenie chwili wyjścia mimo rezygnacji ze snu, zaczęło przybliżać Parkes do Księżyca. Tylko że Parkes miało od kilku godzin duży problem mechaniczny.
Jak wiemy, stacja ta jest wyposażona w ogromna antenę o średnicy aż 64 metrów. Prosty rachunek podaje, że powierzchnia koła o takiej średnicy to prawie 13 tysięcy metrów kwadratowych. Tu mamy paraboloidę, a nie koło, zatem powierzchnia wnętrza czaszy to około półtora hektara! Co zrobić z takim olbrzymim urządzeniem, gdy wieje silny wiatr? Należy antenę zwinąć, czyli ustawić w pozycję poziomą, niezagrażającą wyrwaniem z mocowania.
Taki wicher o prędkości 110 km/h nawiedził okolice Parkes kilka godzin wcześniej. Tryby napędu anteny silnie zazgrzytały. Ostatecznie jednak dzięki determinacji i poczuciu obowiązku załogi tej stacji (przypomnijmy, że Parkes przez wiele godzin miało być odpowiedzialne za przyjmowanie ważnych danych telemetrycznych z Apollo) stacja była gotowa do pracy na czas, choć jej antena narażona na ciągły wicher pracowała powyżej obciążeń przyjętych za bezpieczne. Tyle że Księżyc jeszcze tam nie wschodził na tyle, by odpowiednio odebrać sygnał anteną.
Ale system odbiorczy anteny w Parkes był szczęśliwie wyposażony nie tylko w jeden odbiornik, ten umieszczony w głównej osi maksimum charakterystyki anteny, lecz także w odbiornik dodatkowy, umieszczony na osi pierwszego listka bocznego tej charakterystyki. I wprawdzie listek boczny daje sygnał słabszy, widocznie jednak charakterystyka była taka, że jego wykorzystanie w sytuacjach awaryjnych wydawało się konstruktorom sensowne. Bo przecież antena samą swoją wielkością dawała w osi głównej sygnał silniejszy o jakieś 8-10 decybeli niż anteny 26-metrowe, a więc pierwszy listek boczny anteny miał szanse dać sygnał na poziomie takim, jak główny sygnał z mniejszych anten.
W każdym razie odbiornik dodatkowy tam istniał i pracował. I szczęśliwie leżał na takim kącie wzniesienia anteny, że na nim Księżyc był widocznie nieco wcześniej niż na osi głównej. I bardzo się to przydało. W pewnym sensie ten odbiornik umieszczony na listku bocznym przyspieszył czas.
Film z początków transmisji TV
i towarzyszące mu rozmowy techników i astronautów — po polsku
A teraz wyposażeni w tę całą wiedzę obejrzyjmy skrót z pierwszych kilkunastu minut słynnej transmisji z wyjścia pierwszego w historii człowieka na powierzchnię Księżyca. Padną też historyczne słowa o „małym kroku dla człowieka, a wielkim skoku w rozwoju ludzkości”.
Ten film oprócz obrazów pokazuje równoczesne rozmowy między Capcomem z Houston i astronautami oraz rozmowy z globalnej sieci interkomowej spinającej Houston ze wszystkimi stacjami naziemnymi rozsianymi po świecie. Moim zdaniem już samo zbudowanie tej sieci komunikacji wewnętrznej zasługuje na uznanie, ale tym razem nie o tym tu rozmawiamy.
Proponuję zainteresowanym obejrzenie tego filmu więcej niż jeden raz, bo w niektóre napisy warto się wczytać, by zdać sobie w pełni sprawę z tego co się wówczas działo.
W górnej części obrazu zamieszczono dwa zegary: biały – czas misji od chwili startu oraz na czerwono czas trwania transmisji TV. Pojawią się także informacje o przeskokach czasu, które wycięto przy tworzeniu tego filmu.

Prześledźmy przede wszystkim zmiany źródeł obrazu TV, a śledzenie rozmów znakomicie oddaje atmosferę akcji.
Widzimy więc, że stacją Honysuckle zarządzali „ludzcy goście”, którzy pozwolili zerkać personelowi na telewizor i oglądać to epokowe wydarzenie. „Po jednej osobie na kilka minut i powrót”… Oczywiście australijskie sieci telewizyjne też to transmitowały, więc można było oglądać. A w jaki sposób transmitowały, zobaczymy za chwilę.
Widzieliśmy też, że „Houston TV”, czyli operator Ed Tarkington się w stresie też czasami gubił, bo „na żywca” eksperymentował z obrazem, przełączał obraz dla porównania nie na jakimś podglądzie, lecz na tym co szło w świat. Podczas przełączania źródeł obraz przez ponad sekundę „szukał synchronizmu” (charakterystyczne skośne białe linie powrotów i kilkusekundowe szukanie). W telewizji analogowej, przynajmniej wówczas, nie istniały synchronizatory, bo wymaga to jednoczesnej pracy online i pamiętania sygnału, a z tym nie było łatwo. Dość że synchronizatora nie było, ale przecież nikt z setek milionów widzów na pewno nie miał o to pretensji, że kilka razy na trzy godziny pojawiły się paseczki i przeskoki jakości.
Załoga w Goldstone też przez dłuższy czas nie mogła dojść do ładu z tym obrazem, ale w końcu się udało. Tyle że odkąd Houston „zachwyciło się” obrazem z Parkes, używało go do końca transmisji. W Parkes, a raczej w Sydney nie popełniono błędu z przełącznikiem kierunku pewnie dlatego, że w tym centrum sygnałowym przebywał jeden z twórców urządzeń konwerterów standardów Dick Hall…
W pewnym momencie po informacji z Ziemi o dotarciu obrazu TV astronauta Armstrong pyta czy obraz jest dobry. Chciał się dowiedzieć czy konieczne będzie rozłożenie na gruncie tej anteny o większym zysku. Z odpowiedzi wynikało, że jednak nie i zaoszczędzono 20 minut na inne czynności na powierzchni Księżyca. Oto ten moment:
Inna ciekawostka: w pewnej chwili wewnętrzna sieć interkomowa stacji Honeysuckle uchwyciła stanowczy komunikat proszący załogę o odsunięcie się od konwertera standardów Możemy sobie wyobrazić ilu było ochotników do oglądania tego… A przy tym obraz na ekranie monitora powolnego analizowania, czyli wprost z Księżyca był jakości najlepszej z możliwych, tylko w Sydney dysponowano jeszcze lepszym obrazem z Parkes. Oto ten moment:
Na końcu filmu znajdziemy szczere uznanie Houston dla wysiłku załogi Parkes, która mimo wichury podjęła ryzyko utrzymywania transmisji Kto pracował kiedyś w radiowym obiekcie transmisyjnym, może sobie wyobrazić z jakimi obawami i w jakim stresie tam działano. Telemetria musiała działać, antena się trzęsła poza granicą bezpieczeństwa, a 600 milionów oglądało ich obraz… Podziękowania były niewymuszone, co tym lepiej obrazuję powagę sytuacji.

(CDR = Commander) na powierzchnię Księżyca; Widoczny też poziom sygnału odbieranego w Parkes (-90 dBm)
Warto też sięgnąć do wspomnień szefa zespołu do spraw kamery w Westingouse, Stana Lebara
.
W napięciu obserwował i monitor, i przyrządy; wspomina, że odetchnął z ulgą już w pierwszej chwili pojawienia się na oscyloskopie impulsów synchronizacji z Księżyca. Zatem sekundę wcześniej niż pojawił się czytelny obraz.
Roger Copy
Oglądając te i inne relacje z amerykańskich lotów kosmicznych natrafimy bardzo często na slang radiokomunikacyjny, który warto poznać.
Najczęściej słyszana odzywką jest ‘roger’. Nie jest to imię, lecz potwierdzenie czytelnego odebrania jakiejś wiadomości.
Dlaczego tak? Kilkadziesiąt lat temu gdy łączność radiowa w lotnictwie czy marynarce się kształtowała, powstała konieczność wyraźnego sygnalizowania jej zrozumienia. Jakość łączności radiowej bywa różna, także i tu przy programie Apollo też nie zawsze było dobrze słychać. Dlatego podawano w odpowiedzi już w początkach radiotelegrafii literę ‘R’ jak ‘received’ = ‘odebrane, odebrałem’.
Z telegrafii ten sam sprawdzony zwyczaj przeszedł do łączności na fonii, jednak oczywiście nie jako wymawiane ‘ER’, lecz jako literowany odpowiednik. Dziś literę R przekazuje się słowem ‘Romeo’, kiedyś jednak był to właśnie ‘Roger’. I tak już w łączności kosmicznej, a i nie tylko w niej, zostało. Czasami w wersji skróconej ‘rog’.
Inna ciekawa odzywka to ‘copy’. ‘Roger’ oznacza jedynie potwierdzenie czytelnego przyjęcia wiadomości, ‘copy’ idzie dalej: oznacza „przyjąłem zrozumiałem, przetwarzam lub wykonuję”. Ma to ponoć związek z telegrafią, gdyż po przyjęciu surowej wiadomości telegrafista musiał ja przekopiować na postać doręczaną odbiorcy, zatem dokonywał pierwszego użycia tej informacji.
Powszechnie używa się także słówka ‘over’; oznacza ono „zakończyłem wypowiedź/nadawanie i przechodzę na nasłuch”. Natomiast po ostatniej wypowiedzi kończącej nadawanie używa się zwrotu ‘over and out’.
W praktyce szybkich wypowiedzi czasami granice umownych znaczeń poszczególnych odzywek są przekraczane, ale każdy raczej rozumie o co chodzi.
Wróćmy do pewnych ciekawostek technicznych.
Kamera naukowa?
Wspomniałem, że kamera TV była z założenia obarczona pewną cechą, która dodatkowo psuła obraz. Chodzi o wartość gamma. Kto zajmuje się obrabianiem grafiki w komputerze, wie czym to jest.
W skrócie: gamma to pewien współczynnik (tak naprawdę jest to wykładnik potęgowy), który odpowiada za linearność przenoszenia świateł na gotowy obraz. Jeżeli dwukrotny wzrost natężenia światła powoduje dokładnie dwukrotny wzrost jasności na obrazie, przetwarzanie jest liniowe, a gamma wynosi 1. Jeżeli przetwarzanie uwypukla bardziej ciemne części obrazu nad jasnymi –– lub na odwrót, wartość gamma różni się od jedności.

A co ma gamma do telewizji? Właśnie w związku z telewizją to pojęcie dawno temu powstało. Bo telewizja używała kineskopów. A kineskopy nie przetwarzają sygnałów wizyjnych na jasność światła w sposób liniowy. Czyli gamma kineskopu jest większa od jedności, średnio przyjęto dawno temu, że wynosi 2,2.

Podobnie zresztą przyjęto w systemie operacyjnym Windows (Apple początkowo uznało za właściwą dla swoich komputerów wartość gamma 1,8). To wymaga skompensowania, by obraz był dla widza przyjemnie realistyczny. Gdzie kompensować gammę? W kamerze TV, a raczej w całym torze kamerowym w studiu TV.
Aby efekt był poprawny, tor kamerowy obejmujący lampę analizującą obraz w kamerze oraz dalsze wzmacniacze powinien być tak naregulowany, by sygnał wizyjny wychodził z niego z gamma równą 0,45. Sprawdźcie, że tyle właśnie wynosi odwrotność liczby 2,2. Obie gammy redukują się do jedności.
Ale kamera księżycowa została skonstruowana z nastawieniem na „obraz dla celu naukowego”, co dziwi o tyle, że pierwotnie uznano ją za „naukowo nieprzydatną”. W każdym razie zamiast z gammą „poprawną”, sygnał wideo wychodził z niej taki, jakby gamma kineskopów w telewizorach wynosiła 1. Czyli krótko mówiąc – był za ciemny w środkowym zakresie jasności.
Ale te wszystkie wady obrazu podsumowano optymistycznie: gdyby obraz był idealny, nikt by weń nie uwierzył…
Wiemy już o fundamentalnej roli przełącznika kierunku obrazu. Chyba niejeden z Was pomyślał sobie: a jak na analogowym sygnale obrazu dokonać obrócenia kierunku obrazu? To co jest dziś osiągalne jednym kliknięciem w dowolnym programie, wówczas wymagałoby potężnej aparatury, bo każdy obraz należało by jakoś nagrać i odczytywać natychmiast „do tyłu”. Może nawet to nie być możliwe. A ja to nazwałem po prostu „dorobieniem przełącznika”…
Rozwiązanie w tym przypadku było genialnie proste. Odwracanie następowało nie na sygnale źródłowym z Księżyca, lecz na kamerze telewizyjnej konwertera. Czyli już dla sygnału amerykańskiego u jego źródła. A kamera TV był widikonowa, z lampą analizującą, zatem odchylanie strumienia elektronów analizującego obraz w lampie następuje na takiej samej zasadzie jak odchylanie strumienia elektronów w kineskopie: za pomocą zmiennego pola magnetycznego, przy użyciu cewek odchylających.
A więc wystarczyło przełącznikiem przełączyć te cewki, lewą jako prawą, a dolną jako górną – i sprawa była załatwiona.

Pożyteczne piski
Już od czasu programu Apollo, a zwłaszcza od tej transmisji z pierwszego lądowania na Księżycu, świat łączności radiowej zafascynował się tymi piskami, jakie słychać zawsze, gdy Houston rozmawia z astronautami.
Do czego służy ten sygnał, chętnie potem przyjęty przez krótkofalowców? Nie jest to żaden ozdobnik czy tylko akustyczny sygnał o znaczeniu na przykład „zacząłem/skończyłem przemawiać”. Rola tego tonu jest kluczowa.
Głosowa łączność kosmiczna była simpleksowa, to znaczy na tej samej częstotliwości następowało nadawanie i odbiór. Poprawnie należy to nazwać simpleksem naprzemiennym.
Ponieważ Capcom w Houston porozumiewał się z astronautami za pomocą wielu nadajników rozsianych po świecie, musiał istnieć mechanizm przełączania w dowolnej stacji między nadawaniem (uruchomieniem nadajników w stacji naziemnej) a odbiorem. I właśnie temu służyły te tony.
W torze modulacyjnym każdego z licznych nadajników pracowały „czujniki” zwane w radiokomunikacji „woksami” (VOX), które reagowały na te dwa charakterystyczne tony. Wybrano wysokie częstotliwości, które na tym poziomie nie występują w głosie człowieka:
Muzykalne uchu wysłyszy, że w rzeczywistości mamy do czynienia z dwoma tonami o zbliżonej częstotliwości, czyli wysokość ich różni się o 20 centów. Posłuchajmy jeszcze raz obu tonów: „intro” i „outro:
Pojawienie się ćwierćsekundowego tonu 2525 Hz powodowało włączanie nadajników, a ton 2475 Hz je wyłączał, czyli uaktywniał odbieranie.
I wprawdzie służyło to działaniu sprzętu, ale przy ponadsekundowym opóźnieniu transmisji przydawało się także „psychologicznie” sygnalizując jasno koniec nadawania.
W slangu radiowym tę parę tonów sterujących określa się czasem jako „Quindar tones” od nazwy firmy Quindar produkującej to wyposażenie nadajników.
Wszystko szumi
Wcześniej rozliczyliśmy sobie schematycznie poziomy sygnałów z uwzględnieniem tych wielkich anten naziemnych. Ale przecież pomiędzy „minus 90” a poziomem użytecznym do oglądania czy słuchania nadal jest różnica rzędu 100 decybeli, trzeba zastosować silne wzmacniacze. Czy nie spowodują one zaszumienia sygnału?
Oczywiście tak. Dlatego należy uczynić wszystko, by wzmacnianie wprowadzało tego szumu jak najmniej.
Od dawna w radiotechnice znane były układy tak zwanych wzmacniaczy parametrycznych. Są stosowane powszechnie także dzisiaj. Zasada ich pracy nie jest prosta, ale da się streścić: zjawiska zachodzące w ich układach są „mało szumiące”, bo zamiast elektrycznego sterowania przepływem nośników jak w każdym innym wzmacniaczu, a to wprowadza termiczny szum, we wzmacniaczach parametrycznych steruje się tylko parametrami przepływu nośników (elektronów) przenoszących sygnał w takt sygnału podlegającego wzmacnianiu, a to prawie szumu nie generuje.
Poprzestańmy na zasygnalizowaniu tej różnicy zasady działania.
A żeby szumiało jeszcze mniej, wzmacniacze odbiorcze w naziemnych stacjach łączności kosmicznej pracują często zanurzone w ciekłym azocie, czyli w temperaturze poniżej minus 180 stopni Celsjusza.
To tyle ciekawostek, czas na prześledzenie tego co działo się z sygnałem TV po jego odebraniu w Goldstone, Honeysuckle czy Parkes.
Bieg obrazu do Houston
Sygnał z Goldstone znajdował się od razu na ziemi amerykańskiej,

zatem pozostawało przesłanie go naziemną siecią linii radiowych i kablowych do centrum w Houston.

Na razie nie wysyłajmy go dalej, bo to dalsza historia.
Natomiast sygnałów australijskich tak prosto dostarczyć do Houston się nie dało. Oba sygnały doprowadzano liniami naziemnymi (niektóre odcinki specjalnie wzmocniono przed tym wydarzeniem, czyli dodano połączenia redundantne, jak to dziś określamy, nawet wykorzystano stację linii radiowej na samochodzie!) do centrum operacyjnego australijskich telewizji OTC w Sydney Paddington.


Przypomnijmy, że tam właśnie zlokalizowano trzeci konwerter standardów, który obsługiwał sygnał z Parkes.

Sydney mogło wybrać który z tych dwóch sygnałów podać gdziekolwiek dalej: do Houston, ale także do australijskich sieci telewizyjnych. I jak widzieliśmy na filmie, to właśnie stamtąd po otrzymaniu ładnego obrazu z odbiornika na bocznym listku anteny w Parkes poinformowano Houston TV o tym sygnale i przełączono go, co natychmiast skwapliwie wykorzystał Ed Tarkington w Houston.
Ale Sydney to dopiero Australia. A sygnał miał się znaleźć w Ameryce. Konieczna była zatem transmisja satelitarna, w końcu lat 60 już dobrze rozwinięta (oczywiście w wersji analogowej, co ma tu znaczenie). Można było wykorzystać satelity serii Intelsat.
Zatem sygnał „Sydney video” (taki po konwersji do standardu M, amerykańskiego) łączami naziemnymi dostarczono do australijskiej stacji naziemnej w Moree i odtąd można było odszukać go gdzieś w Stanach.

To „gdzieś” to naziemna stacja satelitarna w tym samym kompleksie Goldstone, który już znamy z odbierania sygnałów z Księżyca!
Tak się złożyło, ale Goldstone to ogromny kompleks licznych stacji radiokomunikacyjnych i ta jego część, która obsługiwała Apollo nie miała żadnego związku sygnałowego z tą stacją, która obsługiwała satelity telekomunikacyjne. Zresztą trudno tu znaleźć potrzebę jakiegoś związku, skoro omawiany sygnał pochodził z Australii, a sygnał księżycowy z Goldstone był dla niego równoległy. Jak się okaże, w Goldstone ten sam obraz był przetwarzany z powodów „losowych” aż trzykrotnie!

A zatem sygnał obrazu dotarł z ziemi australijskiej do Houston. 
Odtąd możemy Houston uznać za „producenta programu światowego”, czyli tego co oglądali widzowie w Stanach, ale także na całym świecie.

Jednak wrócimy na chwilę do Australii.
Obraz dla widzów australijskich
Wspomniana już centrala w Sydney mogła rozesłać obraz z Księżyca wybrany z Honeysuckle lub z Parkes nie tylko do Houston, ale niezależnie także do australijskich sieci TV. I tak się stało. Sygnał był drogą naziemną (liniami radiowymi) przesłany do siedziby Australijskiej Komisji Radiodyfuzyjnej ABC, a stamtąd pobierały go sieci telewizyjne w tym kraju.

Nie mylmy jednak australijskiej ABC z podobnym skrótowcem oznaczającym sieć ABC w Stanach zjednoczonych, te instytucje poza literkami nie mają nic wspólnego, nawet „A” znaczy raz „Australian”, a raz „American”…

Czy zauważyliście kolejny problem techniczny? Tak właśnie: „Sydney video” to obraz w amerykańskim standardzie TV, czyli 525 linii i 30 ramek. Cóż w Australii po takim obrazie? Oczywiście niezbędna jest konwersja na standard australijski, czyli 625 linii i 25 ramek. I taką konwersję zapewniono.
W jaki sposób? A w jaki by inny niż metodą optyczną? Tak jest, pojawia się dla widzów australijskich kolejny konwerter działający na zasadzie telerekordingu… Czyli drugi w procesie przetwarzania tego samego obrazka. Podobno tu urządzenie było sklecone pospiesznie i umieszczone w jakiejś drewnianej skrzyni. Istnieją informacje o trzech takich konwerterach, jednym właśnie w centrali w Sydney oraz dwóch stworzonych przez pracowników sieci telewizyjnych na własne potrzeby.
Tak czy inaczej, historie o wspaniałej jakości obrazu z Księżyca u australijskich widzów zdają się pomijać ten fakt podwójnej konwersji prymitywnymi metodami. Pod tym względem, jak zobaczymy, w Europie mimo wszystko było trochę lepiej. Powiedzmy, że ta rzekoma wspaniała jakość obrazu w Australii to jedna z legend na temat misji Apollo 11.
Opóźnienie transmisji
Tu pojawia się wątek kolejnej legendy: opóźnienia w transmisji do widzów. Opóźnienie oczywiście wystąpiło i to jest fakt niepodważalny. Ale wcale nie to opóźnienie, o którym mówi jedna z legend. Rzekomo NASA opóźniała transmisję światową o kilka (mówi się o 6, 7 lub 8 sekundach), by w razie katastrofy zdążyć odciąć obraz i nie pokazywać jej światu.
Tu można się zastanowić co właściwie miałoby być tą pokazywaną katastrofą, skoro transmisja obrazu nie obejmowała niczego, co mogłoby zawieść, nawet startu astronautów z Księżyca ku modułowi dowodzenia (start mógł się nie udać, ale pokazano go dopiero przy misji Apollo 15) czy dokowania lądownika do „Columbii” na orbicie, co także mogło się potencjalnie zakończyć katastrofą. Ale legenda o kilkusekundowym opóźnieniu się pojawiła. NASA zresztą rozważała takie wprowadzenie opóźnienia, ale ostatecznie z tego zrezygnowano. Zresztą technicznie byłoby to trudne do zrealizowania.
Jednak opóźnienie było i zaraz je sobie tu rozliczymy.
Jasne jest, że australijskie telewizje, które wykorzystywały miejscowy sygnał z Sydney, nadawały obrazki bez istotnych opóźnień, nieznaczne opóźnienie wprowadzała naziemna sieć linii radiowych, co jest do pominięcia.
Natomiast do Houston sygnał był, jak omawialiśmy, przekazywany poprzez satelitę geostacjonarnego. Przypomnijmy sobie działanie takiego łącza, bo pojawi się tu nie jeden raz.
Czy pamiętamy jak wysoko nad Ziemią orbitują satelity geostacjonarne i dlaczego jest to akurat prawie 36 tysięcy kilometrów? Przypomnienie z fizyki: istotą satelity geostacjonarnego jest właśnie ten przymiotnik „geostacjonarny”: satelita musi się znajdować zawsze nad tym samym punktem na Ziemi, a planeta się obraca. Jednocześnie satelita musi poruszać się na orbicie z tak zwaną pierwszą prędkością kosmiczną dla danej odległości od Ziemi, czyli z taką prędkością, by nie spadał i nie odlatywał. Innymi słowy: gdy siła dośrodkowa wynikająca z masy satelity (po prostu jego ciężar) równoważy się z siłą odśrodkową, jakiej podlega ze względu na bezwładność każde ciało wirujące – jak kula w lasso. Takie warunki zachodzą wyłącznie na odległości 42 164 km od środka masy Ziemi, czyli właśnie na wysokości 35 782 kilometrów nad jej powierzchnią.
Dla łącza satelitarnego oznacza to, że sygnał wysłany z naziemnej satelitarnej stacji nadawczej dociera do stacji odbiorczej po przebyciu prawie 72 tysięcy kilometrów. Porusza się z prędkością światła, zatem jeden skok łącza satelitarnego opóźnia sygnał o 0,24 s. A zatem widzowie w Australii widzieli w swoich telewizorach sygnał z Sydney jakieś trzy dziesiąte sekundy wcześniej niż NASA w Houston. Nie wspominając na razie o reszcie świata.
Ale nie wszyscy Australijczycy. Sieci TV okolic miasta Perth nadawały obraz już po przejściu przez ten jeden skok satelitarny, korzystając z sygnału odebranego przez stację Moree, czyli przez tę samą, która wysyłała sygnał ku satelicie… Udostępniła jednak downlink ze Stanów Zjednoczonych, a nie uplink sygnału australijskiego. Może ze względów prawnych?

Obraz wędruje po świecie
Wiemy już w jaki sposób obraz z różnych stacji oraz dźwięk z Goldstone znalazły się w Houston. Ale do naszych polskich telewizorów była jeszcze długa droga.
Oczywiście do dyspozycji były satelity serii Intelsat, które wisiały nad oceanami i były zdolne do przekazania równocześnie 4 programów TV. Interesuje nas kierunek europejski, a zatem oczywiste było wykorzystanie zawieszonego nad Atlantykiem satelity Intelsat III F-2 wystrzelonego w grudniu 1968 roku. Jak każdy z tej serii, satelita ten był wyposażony w nowoczesną, złożoną antenę typu stożkowego, ze stabilizacją położenia w kierunku Ziemi.
I właśnie ten mechanizm zawiódł 29 czerwca, na 3 tygodnie przed transmisją Apollo 11. Satelita w tej sytuacji okazał się zupełnie nieprzydatny do wykorzystania. Naprawiono go częściowo dopiero z końcem lipca, co dla Księżyca już niczego nie zmieniało.

Zatem utracono pechowo najprostszy sposób połączenia między USA a Europą.
Postanowiono zatem rzecz skomplikować, ale uzyskać cel: transmisja do Europy odbywała się poprzez stację naziemną Goldstone (tak, tę samą, która już odbierała sygnał z Australii, by podać go w drugą stronę, do Houston, a jednocześnie wysyłała tamże swój własny, ten słynny wadliwie ustawiony obraz, no i cały dźwięk), do której oczywiście sygnał z Houston docierał analogowymi po trasie o długości rzędu 2 tysięcy kilometrów.
Sygnał przechodził przez satelitę Intelsat III F-4 wiszącego nad Pacyfikiem, czyli na zachód od Stanów.

Łącze TV przechodziło dalej przez japońską stację naziemną Ibaraki, przechodziło łączami naziemnymi do stacji Yamaguchi:

i ostatecznie poprzez satelitę Intelsat III F-3 nad oceanem Indyjskim. I tu „już” byliśmy w domu, czyli w Europie:

Zauważmy, że poza trasą z Księżyca o długości 384 tysięcy kilometrów sygnał do Europy docierał dodatkowymi TRZEMA skokami satelitarnymi plus bardzo długą siecią linii naziemnych. Zatem przebył przez satelity dodatkowo 228 tysięcy kilometrów, a więc podlegał dodatkowemu opóźnieniu o jakieś 0,8 sekundy. Łączna długość trasy propagacji radiowej sygnału od anteny na lądowniku LM do naziemnej stacji satelitarnej w Europie może być szacowana na 616 tysięcy kilometrów, a opóźnienie na ponad 2 sekundy. No i dochodziły nieuniknione szumy.
Witamy obraz w Europie!
Sygnał dotarł do Europy, ale właściwie dokąd? Tu mamy kolejną legendę.
Jest prawdą, że najważniejsza stacja naziemna obsługująca od kilku lat satelitarne przekazu TV znajdowała się w brytyjskim Goonhilly Dawns w Kornwalii. I ta stacja oczywiście odbierała sygnały znad Oceanu Indyjskiego, w tym naszą sławną transmisję. Legenda polega na przekonaniu, że sygnał ten był podawany do centrali Europejskiego Związku nadawców (EBU) w Brukseli i dalej stamtąd rozpowszechniany po Europie. A zatem także do Polski.
Sygnał z Goonhilly nie był jedynym dostępnym w Europie. Często zapomina się o bawarskiej stacji satelitarnej w Raisting. Ta stacja była nowsza od Goonhilly i wiarygodne świadectwa wskazują, że Bruksela korzystała właśnie z jej sygnału.
Oczywiście centrala EBU była połączona także ze stacją brytyjską, ale istotą sprawy jest rzeczywiste wykorzystywanie tego czy drugiego źródła podczas pamiętnej transmisji.

Zatem sygnał TV jest w Europie, no ale… Tak jest. Europa powszechnie używa standardów 625-liniowych 25 obrazków/s, a przychodził obraz amerykański 525 linii 30 obrazów. A zatem – kolejny konwerter standardów!

Tak właśnie było — był konwerter. Jednak zarówno Goonhilly, jak Raisting były wyposażone w konwertery działające na zasadzie elektronicznej. Co dla przejścia od 525 do 625 i od 30 do 25 ramek dawało się wykonać i to w obie strony, w przeciwieństwie do radykalnie różnych standardów „księżycowego” i amerykańskiego, gdzie jedynym rozwiązaniem była konwersja optyczna.


Jesteśmy coraz bliżej Polski. Prawdopodobna trasa sygnału, który mogli oglądać polscy widzowie z komentarzem dziennikarzy wiodła od Raisting poprzez Wiedeń, Pragę (centrala organizacji „Interwizja”),
z Pragi przez Ostrawę, Katowice do Warszawy.
Jak wyglądała dystrybucja sygnału do nadajników z warszawskiej centrali TV (wówczas Woronicza była w stadium rozruchu, główną siedzibą TV był Plac Powstańców Warszawy wraz z filią w Pałacu Kultury i Nauki) – widzieliśmy już w poprzednich filmach na tym kanale. Tyle że w roku 1969 trasy łączy rozsiewczych były nieco uboższe, bo jeszcze nie istniało tyle centrów nadawczych ile jest na schemacie z tych poprzednich filmów. Ale niczego to w gruncie rzeczy nie zmienia.
Transmisja do sieci amerykańskich
Skoro sygnały TV znalazły się z Australii lub z Kalifornii – w Houston, były wykorzystane oczywiście w sali operacyjnej i w celu wysłania do „reszty świata”. Ale uparta legenda mówi, że nie zostały udostępnione lokalnym telewizjom amerykańskim. Legenda ta ma dwie wersje: że tamtejsze telewizje musiały korzystać z własnych kamer TV skierowanych na główny ekran TV w centrum operacyjnym (byłoby to coś w rodzaju kiepskiej kolejnej konwersji optycznej) lub że sami budowali jakieś konwertery (jak z konieczności zrobili Australijczycy).

Trudno znaleźć w tych legendach sens techniczny, skoro ten sam sygnał był podawany z Houston ku naziemnej stacji satelitarnej. Dlaczego rzekomo byłyby problemy z lokalnymi sieciami TV? Rozległe i liczne sieci amerykańskie na co dzień korzystały z rozmaitych niezsynchronizowanych źródeł sygnału i nie ma tu żadnego kłopotu.

W rzeczywistości NASA podawała ten sygnał z normalnej postaci elektrycznej w amerykańskim standardzie, a sieci TV z niego korzystały. Być może pojawiła się tam jakaś telewizja, która się nie podłączyła i zdejmowała akcję kamerą z ekranu Houston, ale to nie była żadna zasada.
Utracone nagrania
Rozpowszechniła się legenda, że beztroska NASA zagubiła nagrania z księżycowej aktywności Apollo 11. Spieszę sprostować: ta legenda jest całkowicie fałszywa. Wszystkie te nagrania są w pełni dostępne i stanowiły podstawę do współczesnych rekonstrukcji z coraz to lepszą jakością. Te rekonstrukcje są łatwo dostępne w sieci. I właściwie można by na ty sprostowaniu błędnej legendy poprzestać.

Ale prawda jest trochę inna. Zachowane zapisy obrazu zostały wykonane częściowo na taśmach magnetycznych, czyli po prostu na studyjnych magnetowidach, ale przeważająco znaną nam techniką telerekordingu, czyli na taśmach filmowych. Ponadto zapisy te zostały wykonane w Houston lub w Australii, ale już po konwersji do standardu amerykańskiego. W Houston, jak wiemy, doszedł degradujący wpływ analogowego skoku satelitarnego i kilku tysięcy kilometrów analogowych łączy naziemnych.

Dlatego od dawna istnieje pokusa, by użyć do rekonstrukcji nie tych telewizyjnych zapisów, lecz takich, których jakość jest najlepsza z możliwych: sygnałów TV PRZED jakąkolwiek konwersją, czyli w standardzie „księżycowym” 320 linii, 10 ramek. I problem z odnalezieniem zapisów obrazów dotyczy wyłącznie zapisów tych transmisji. Wbrew sensacjom zapoczątkowanym przez australijska gazetę.

Jak pamiętamy, sygnały TV były transportowane jako podsygnał w strumieniu danych telemetrycznych. Zatem można przypuszczać, że istnieją w stacji radioteleskopu Parkes. Ale tam ich nie ma.
Dlatego NASA wszczęło 20 lat temu dotąd bezskuteczną dotąd akcję poszukiwania tych zapisów na taśmach na szpulach z taśmą calową. Właściwie powinny być w Centrum Lotów im. Goddarda, jednak w miejscach, w których powinny, takich taśm nie znaleziono. A ponadto – gdyby były, czy dało by się je dziś na czymkolwiek odczytać?
Tu NASA się popisała pozytywnie, ponieważ w Centrum Goddarda istnieje i jest utrzymywany jeden komplet urządzeń, który potrafi to zrobić. A nawet wypróbowano go: w roku 2006 odnaleziono w Perth taśmy telemetryczne z czasów Apollo i wysłano do analizy. Zapisy nie miały niczego wspólnego z Apollo 11, ale udowodniły, że odczyt takich nośników jest tam nadal możliwy.

Zapisy telemetryczne oczywiście nie mogły być zapisywane na magnetowidach TV, bo to zupełnie inny sygnał. Jednak okazało się, że w Parkes pracował przerobiony przez kogoś magnetowid telewizyjny (dwucalowy Ampex) dostosowany do zapisu obrazów z wolną analizą! I nawet coś nagrał, może całą aktywność księżycową Apollo 11. Ale… taśmy wysłano do jednego z uniwersytetów i nie znaleziono ich współcześnie.


Natomiast prawdopodobne losy oryginalnych taśm z zapisami telemetrycznymi z Parkes były takie: traktowano je jako zapisy zapasowe na wypadek awarii transmisji na żywo i konwersji obrazu. Ponieważ jedno i drugie się udało „na żywo”, a obrazy zostały zapisane na nośnikach telewizyjnych w Houston, te zapisy były zbyteczne. A ponieważ podczas programu „Landsat” brakowało taśm, egzemplarze taśm podstawowych i zapasowych z Parkes wykorzystano do ponownego zapisu, usuwając bezpowrotnie nagrania telemetryczne z Parkes. Szkoda. A może nie i zapisy znajda się w źle opisanych pudłach?
Apollo 11 w kolorze
Cały czas opowiadaliśmy sobie o czarno-białej transmisji TV i o ograniczeniach pasma do kilkuset kiloherców. Ale przecież istniały kolorowe obrazy TV z tej misji. Tak, ale wyłącznie z wnętrza statku. Gdzie nie występowały ekstremalne kontrasty i głębokie cienie. Co jednak z pasmem? Przecież jak wiemy z jednego z poprzednich filmów, informacje o kolorze są zwykle w systemach kolorowych NTSC, PAL lub SECAM przesyłane na częstotliwości ponad 4 MHz.
Toteż kolor z kosmosu był transmitowany inaczej i mieścił się w pasmem kilkuset kHz. Aby tak się stało, nie było możliwe stosowanie wyrafinowanej elektroniki – kamery pracowały z obracającymi się filtrami kolorowymi napędzanymi silniczkiem.
Zresztą jak się potem okazało, ten silniczek objawił się wyraźnie na obrazie, gdyż w ramach układu elektronicznego kamery powstała szkodliwa „pętla mas” i sygnał zasilania wchodził na wizję. To te ciemne paski na lewej i prawej fotografii.


A zatem była to hybryda telewizji elektronicznej i dawnych pomysłów na kolor z lat 1940.
Z innych ciekawostek: opóźnienia na wypadek katastrofy wprawdzie nie było, istniał jednak plan działania na wypadek niemożności opuszczenia Księżyca przez Armstronga i Aldrina. Ale to nie należy do techniki.
Dwa lądowania jednego dnia!
Udana i pokazana światu misja Apollo 11 zakończyła praktycznie najistotniejszą fazę „wyścigu na Księżyc”. A odbyło się to dosłownie w czasie pobytu obu astronautów na powierzchni Księżyca owego 21 lipca 1969, o czym zresztą astronauci- lunonauci nie wiedzieli.


Gdyż Rosjanie nie zdoławszy wysłać na Księżyc załogi, ani jako pierwsi, ani w ogóle, wysłali tam sondę bezzałogową Luna 15. Zresztą w zakresie programu naukowego takich sondy Rosjanie chyba długo jeszcze przodowali. Tym razem jednak udana misja Łuny mogłaby pokazać światu przewrotnie pojęty sukces radziecki: „patrzcie Amerykanie, narażacie ludzi, a nasza sonda przyniesie podobny dorobek poznawczy i nikogo nie naraża”.

Lądowanie Łuny 15 zostało zaplanowane właśnie dokładnie na godziny pobytu LM Apollo 11 na Księżycu, tyle że… zamieszczony przez astronautów kilka godzin wcześniej sejsmograf miał okazję wykrycia pierwszego istotnego wstrząsu, gdy Łuna z nieznanych przyczyn zamiast na powierzchni Księżyca wylądować, spadła na Księżyc z hukiem (no nie, tam nie ma huku) kilkaset kilometrów od Bazy Spokoju, żeby było ciekawiej – na księżycowe Morze Kryzysów…

„Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich: Kosmonautyka” tłumaczona w radzieckiego wydania z roku 1970 opisuje tę podwójną katastrofę w charakterystyczny sposób: „Po wykonaniu 52 okrążeń Księżyca sonda osiągnęła jego powierzchnię”. No tak, aż się grunt zatrząsł…
W każdym razie rozbiła się z silnym wstrząsem, a sejsmograf go zarejestrował. Działo się to podczas snu astronautów na 2 h przed startem ku Collinsowi.
Co po rywalizacji?
I to był koniec prób udowadniania sobie kto w wyścigu na Księżyc wygrał. Późniejsza rywalizacja polegała na zupełnie innym rodzaju „ścigania się”, a nawet doszło do chwalebnej współpracy w ramach programu Sojuz-Apollo, co jest jednak zupełnie, ale to zupełnie inną historią. A i sowieckie roboty Łunochod zrobiły dla nauki wiele dobrego.


A na Księżycu doszło odtąd do wielu lądowań i do wielu misji okrążających naszego satelitę.

A potem rzecz się usprawniła. Kolejne misje Apollo prowadziły już transmisje z Księżyca w kolorze. No, nie tak od razu: transmisja Apollo 12 się nie zdążyła odbyć, bo astronauta przypadkowo skierował ją ku Słońcu i nieodwracalnie uszkodził widikon. Z kolei Apollo 13 – wiadomo, nie doleciał. Potem już poszło. Pokazano nawet start modułu załogowego ku orbicie.
Na kolejne transmisje czekamy prawie od 60 lat. Gdy zajdą – może i o nich sobie opowiemy. Analogowo jednak z pewnością już nie będzie.
I może znów jakiś uznany zespół rockowy (albo inny tym razem) na tę okazję skomponuje i wykona na żywo utwór muzyczny?
Muzeum Houston
Niegdyś gorąca i pełna dobrych i złych emocji sala operacyjna w Houston ucichła… Z biegiem lat została porzucona. Na szczęście odtworzono ją i teraz właściwie pełni rolę muzeum, pewnie czasem scenografii do różnych produkcji wideo. Tak to teraz wygląda.
- Nie tylko „nieomal”, bo część zapisów tej transmisji przechowywanych w Houston naprawdę została dokonana na filmowej taśmie telerekordingowej. ↩︎
Suplement: lądowanie na Księżycu
Przez godzinę opowiadałem tu o pierwszej transmisji TV z Księżyca.
Teraz dodatek: relacja z kilkunastominutowej ostatniej fazy lądowania modułu księżycowego LM Apollo 11. Słuchamy i śledzimy (polskie tłumaczenia) rozmowy Houston z lunonautami Armstrongiem, Aldrinem i Collinsem, a także „podsłuchujemy” kanał interkomowy Dyrektora Lotu w Houston.
Sposób prowadzenia tych rozmów, fachowość i spokojne podejście uczestników tego procesu (choć towarzyszył im z pewnością stress, którego nikomu nie życzę), wypływający z tego wszystkiego wniosek o „doskonałej niedoskonałości” skomplikowanych elementów tej akcji — to wszystko uważam za warte pokazania i potraktowania jako materiał szkoleniowy dla rozmaitych wymagających akcji.
Nie zawsze się do końca rozumieli w pospiechu, nie wszystko zadziałało do końca według planu, lecz opanowanie „szefa” (Flight Director) było modelowe. Gene Kranz do dzisiaj w swoim godnym szacunku wieku opowiada o tym w ciekawy sposób.
Zobaczmy jak to było, od dziś licząc, 57 lat temu, w lipcu 1969.
Warto przyswoić znaczenie slangu komunikacyjnego używanego przez NASA:
- ‘roger’ oznacza zasadniczo „odebrałem twój komunikat”
- ‘copy’ oznacza zasadniczo „odebrałem i wykorzystam do dalszej akcji twój komunikat; odebrałem i potwierdzam zrozumienie”
W praktyce w szybkiej wymianie komunikatów nie zawsze te znaczenia są ściśle przestrzegane…
Nadto warto zauważyć częste użycie haseł oznaczających kontynuację lub zaniechanie dalszej procedury: ‘go’ i jego przeciwieństwo ‘no-go’, a także w odniesieniu do pozostania na powierzchni Księżyca: ‘stay’ oraz ‘no-stay’
W tle {na środku panoramy dźwiękowej} czasami słychać krótkie, jednozdaniowe relacje tzw. Public Affirs Officer – rodzaj rzecznika podającego najważniejsze informacje publiczności w Centrum Kontroli Lotów. Nie tłumaczyłem jego wypowiedzi, bo są tylko streszczeniem akcji, którą obserwujemy w szczegółach.
Internet jest pełen ciekawych materiałów na ten temat. Szukających zapraszam najpierw na https://apollojournals.org/






![28fd6c09-c064-4261-bd4f-ae8c0955c273[1]](https://aristos.com.pl/wp-content/uploads/2022/12/28fd6c09-c064-4261-bd4f-ae8c0955c2731-550x240.jpeg)














![poludnie-wschod[1]](https://aristos.com.pl/wp-content/uploads/2024/01/poludnie-wschod1-550x240.png)






![poludnie-wschod[1]](https://aristos.com.pl/wp-content/uploads/2024/08/SAM_1235-scaled-550x240.jpg)




























































































